Nauczycielka przyszłości

Poznałyśmy się kilka lat temu. Przyszła do pracy w szkole, w której pracowałam ja. Młodziutka pani psycholog, niemal nie do odróżnienia od naszych licealistek. Nasze szkolne ścieżki bardzo szybko się zeszły u niej w gabinecie szkolnym, bo pracy z młodzieżą miała całą masę. Szybko odkryłyśmy, że prywatnie, poza pracą, też się dogadamy. Mimo iż ja z pracy odeszłam, a ona zmieniła stanowisko, obie rozwijamy własne działalności, to nie przestałyśmy się przyjaźnić. Zanim ułożyłam pytania właśnie dla niej, to wróciłam myślami do naszych początków, drogi i teraźniejszości. Naszła mnie refleksja, jak bardzo się zmieniłyśmy, ale też jak bardzo zmienił się świat. I o tych zmianach porozmawiamy. Przedstawiam Ci kobietę, która jest specjalistką w swojej dziedzinie, ale także wspaniałą kobietą i przyjaciółką. Poznaj Beatę Cichy.
„Trudniej będzie Ci myśleć analitycznie i samemu łączyć kropki."
Szczerze mówiąc, chyba tak bym tego nie łączyła. Program Erasmus to „tylko" tydzień. Wiadomo, potem musisz jeszcze wdrażać tą wiedzę w szkole, ale jest to łatwiejsza decyzja do podjęcia niż założenie własnego gabinetu. W życiu staram się nie robić rzeczy „na hura" — to znaczy, że raczej każda moja decyzja biznesowa jest przemyślana. Z gabinetem było podobnie — początkowo pracowałam dalej na etat w szkole i stopniowo zwiększałam liczbę pacjentów. Kolejno uznałam, że jestem gotowa na krok dalej — przejście na pół etatu (co wiązało się już z koniecznością opłacania sobie ZUS-u samemu) i założenia znanego lekarza, by móc zaoferować swoją pomoc szerszemu gronu pacjentów.
Gdy dostałam od Ciebie ten kwestionariusz faktycznie pracowałam jeszcze w szkole. Moje odejście było dość niespodziewane i niezależne ode mnie czy nawet od dyrekcji. Można łatwo to podsumować słowami: „system nie działa", ale chyba nie będę się nad tym rozwodzić, bo to wszyscy wiemy.
Łączenie tych dwóch światów było bardzo ciekawym doświadczeniem. Poniedziałki-wtorki byłam w gabinecie, środy-czwartki w szkole. Moja praca w gabinecie jest oparta na pełnym skupieniu i analizie trudności pacjenta, po to by móc jak najlepiej mu pomóc. Tutaj nie ma mowy o tym, że wyjdziesz sobie na kawkę czy pogadasz z koleżanką, czasem brakuje czasu również na choćby SMS. Jest to praca gratyfikująca, bo widzisz, że czyjeś życie zmienia się przy wspólnej pracy.
Jeśli chodzi o szkołę, tu wygląda to trochę inaczej. Znając język (angielski) jest to bardziej praca odtwórcza — znasz te wszystkie czasy gramatyczne, wiesz jak je wytłumaczyć, nie musisz na nowo czegoś odkrywać, bo właściwie język jest w większości taki sam. Oczywiście, dobierasz metody nauczania pod uczniów ale wiedza jest cały czas ta sama. W gabinecie każdy pacjent to oddzielna historia i potrzebujesz czasu by „nauczyć się" pracy z każdym jednym pacjentem czy parą.
Cóż, odwołując się do powyższego pytania, już nie pracuję w szkole. Praca „dla systemu" czy „w systemie" nie ma sensu. Praca dla młodzieży, owszem ma. I to naprawdę wielki. Dla mnie to była pasja. Kiedy nie robimy czegoś dla pieniędzy, dlaczego to robimy? Właśnie dlatego, że najzwyczajniej w świecie to lubimy. Uwielbiałam (ah, ten czas przeszły...) patrzeć jak młode osoby się rozwijają, jak budzą w sobie chęć do nauki języka, jak pięknie przyjmują mnie w swoim gronie. Jak opowiadają mi o sobie, zostają na przerwach. Nie byłam nauczycielką, do której nikt nie chciał przyjść. Mogę z wielkim szczęściem powiedzieć, że byłam tą, którą żegnali ze smutkiem przy odejściu. Dawanie z siebie czegoś drugiej osobie zupełnie bezinteresownie jest jedną z najpiękniejszych rzeczy, które możesz zrobić w życiu.

Myślę, że to zależy, tak w sumie zawsze my, psychologowie, odpowiadamy. Z jednej strony jest to narzędzie, które warto wykorzystać i w nauce języka może być niesamowicie pomocne! Sama proszę nieraz AI by zrobiło mi listę słówek z jakiegoś hiszpańskiego serialu. Bardzo systematyzuje to pracę. AI może Ci też wyjaśnić rzeczy, które nieraz w podręcznikach są pokrętnie opisane.
Każda moneta ma jednak dwie strony i jeśli do każdej pracy domowej czy najmniejszej rzeczy wykorzystujesz AI to Twój mózg może się bardzo łatwo „rozleniwić". Trudniej będzie Ci myśleć analitycznie i samemu łączyć kropki. Warto zachować umiar, jak we wszystkim.
„Warto zachować umiar, jak we wszystkim."
To pytanie chyba najbardziej mnie zaskoczyło! Nie miałam chyba ani jednej pary, u której AI stanowiłoby początek konfliktu czy było zaczątkiem trudności. Trochę nie jestem sobie w stanie wyobrazić jeszcze takiej sytuacji, ale kto wie? Może będzie to moja kolejna sesja...
Korzystam z AI, ale trochę na innej zasadzie. Nieraz mam taki problem, by coś ładnie ubrać w słowa albo dać dobry przykład. Ostatnio np. chciałam wytłumaczyć pacjentce czym jest mechanizm projekcji. Dałam przykład, ale czułam, że widzę go bardziej ja w mojej głowie niż jestem w stanie to ubrać w słowa. Poprosiłam wówczas najpopularniejszą przeglądarkę, która oczywiście ma już wbudowane AI i bardzo dobrze ubrała to w słowa. Moim zdaniem wiedzę trzeba mieć samemu, a do pomocy można się posłużyć również AI. Jednak nie uważam, że byłoby możliwe bazowanie na tym tylko i wyłącznie, lub nawet jako główne źródło.
Czy to bezpieczne? Cóż, jeśli pytasz o prostą rzecz taką jak ja powyżej to tak. Natomiast jeśli ktoś chciałby analizować całościowo proces pacjenta z AI, uznałabym to za nieetyczne. Jak również nie bardzo wiem czemu ktoś miałby to robić? Po coś przecież kończył studia i szkołę psychoterapii. Od tego zdecydowanie jest superwizja, nie AI.
„Wiedzę trzeba mieć samemu, a do pomocy można się posłużyć również AI."

Wydaje mi się, że powoli te aspekty stają się regulowane prawnie. AI powinno w odpowiedzi na problem napisać coś w stylu: „jeśli chcesz podam Ci numery na które możesz zadzwonić i poszukać pomocy". Mam nadzieję, że to się dzieje i że tak to działa. Słyszałam o przypadku, że jedna z platform zgłosiła pewną osobę do odpowiednich służb, ponieważ ta planowała dokonanie nielegalnego czynu wbrew wolności ludzkiej. Oby tak było i oby sztuczna inteligencja wiedziała, kiedy musi powiedzieć STOP i zaprosić do szukania pomocy u realnych specjalistów.
Żyjemy na szczęście w czasach, w których telefonów zaufania jest coraz więcej. Jest także ustawa o ochronie małoletnich. Każdy z nas jest zobowiązany prawnie do reagowania, jeśli ma choćby najmniejsze podejrzenie o tym, że dzieje się dziecku coś złego. I pamiętajmy: to nie my mamy to weryfikować. Od tego są służby i sądy. My musimy jedynie podnieść tyłek z kanapy i zgłosić, że coś niebezpiecznego może mieć miejsce. Reszta nie należy już do nas.
Prawdę mówiąc, sama młodzież tak uważa. Wystarczy zapytać na lekcji jaki mają stosunek do mediów społecznościowych i jakie uważają, że niosą one zagrożenia. Od razu usłyszysz, że sprzyjają porównaniom społecznym, że ułatwiają hejt, że można myśleć, że się kogoś zna, a tak naprawdę to zupełnie ktoś inny. Musimy podchodzić do tego z głową. To nie znaczy, że od jutra trzeba wyłączyć TikToka, Instagrama czy Facebooka. To znaczy, że swoje życie trzeba budować w „realu" a te media są jedynie dodatkiem bądź facylitatorem kontaktu.
„Nie trzeba wyłączać mediów społecznościowych. Trzeba budować życie w realu."
Wywiad przeprowadziła

Jestem założycielką Edubotki, miejsca, w którym uczę nauczycielki, jak świadomie korzystać z AI i zachować przy tym #cyberbalans. Wcześniej sama uczyłam w szkole, więc wiem, jak wygląda ta praca od wewnątrz. Rozmawiam z kobietami z szeroko pojętej edukacji, bo chcę żeby ich historie dawały przykład, siłę i inspirację innym.